Cześć, nazywam się Szymon, a to pierwszy artykuł, który umieszczam na tym blogu. Pierwszy i prawdopodobnie najtrudniejszy, ponieważ pisząc go muszę cofnąć się do czasów, kiedy palenie marihuany sprawiało mi prawdziwą przyjemność.
Jak pewnie wielu z Was pierwsze eksperymenty “z trawką” zaczęły się u mnie w okolicach 16ego roku życia. To właśnie wtedy starsi kumple poczęstowali mnie lufką z ziołem, które miało stać się moim przyjacielem na kolejne 15 lat.

Pierwszy raz nie był zachwycający, natomiast problemy w życiu, szkole, domu sprawiły, że trafiłem na paczkę kumpli, których jedynym celem było wieczorne jaranie. Pierwsze miesiące, a nawet lata wspominam bardzo dobrze – dzień poświęcaliśmy na szkołę i szukanie pieniędzy, a wieczory spędzaliśmy słuchając muzyki w piwnicy i paląc jointy.

Nastolatek ma jednak spory problem ze stałym przepływem gotówki, więc to wtedy zaczęły się drobne kradzieże w domu, odsprzedawanie zioła kolegom, aż w pewnym momencie kminienie i ogarnianie stało się centrum naszego życia. Szkoła zeszła na dalszy plan i tylko cud sprawił, że zdałem maturę.
Wyprowadziłem się z domu do Krakowa właściwie kilka dni po uzyskaniu pozytywnego wyniku egzaminu dojrzałości. Patrząc na to z perspektywy 30latka widzę, że z dojrzałością nie miałem wtedy nic wspólnego.
Znalazłem pracę, mieszkanie, dziewczynę, próbowałem swoich sił na studiach, ale życie wciąż kręciło się wokół melanży, alkoholu, dziewczyn, narkotyków i życia nocnego. Marihuany używałem wtedy właściwie codziennie od rana do wieczora, a kilkudniowe przerwy były spowodowane głównie problemami ze zdrowiem.
Mój styl życia właściwie rozwalił mi układ pokarmowy, który dochodzi do siebie jeszcze dziś – po prawie 10 latach.
Później nie było lepiej – przeprowadzałem się z miasta do miasta, w moim życiu pojawiali się i znikali różni ludzie, po drodze pojawiały się różne krótsze i dłuższe związki, ale jedno było stałe – marihuana, którą znajdowałem wszędzie, dokąd się udałem.
Przeżyłem również wakacje, podczas których spędzaliśmy czas na ogarnianiu lokalnych dilerów, a gdy takich nie było – wakacje można było uznać za zmarnowane.
Wpadłem w spore długi – mając 23-24 lata miałem już na swoim koncie dług w wysokości 30-40 tysięcy złotych i trudność z utrzymaniem się na stanowisku dłużej niż kilka miesięcy. Dodatkowo pracowałem jako handlowiec, więc stres i zdenerwowanie były u mnie na porządku dziennym. Marihuana miała pomóc mi złagodzić te objawy, jednak wiem, że tylko podkręcała mój niepokój i (już zdiagnozowane) ADHD.
Skończyło się to wyjazdem do pracy na budowie w Niemczech. Tam również bardzo szybko znalazłem sobie odpowiedniego dilera. W Niemczech wystarczy właściwie przejść się po większym parku, żeby znaleźć każdy dostępny narkotyk. Spędzałem więc czas na budowie, po której paliłem patrząc, jak moi współlokatorzy piją hektolitry wódki.
Po powrocie do Polski wciąż walczyłem ze swoim uzależnieniem, jednocześnie założyłem firmę w branży marketingowej – zajmowałem się tym od bardzo dawna, natomiast palenie skutecznie odciągało mnie od tego pomysłu i po jakimś czasie przeszedłem w tryb pracy zdalnej.

Był to okres, w którym zalegalizowano medyczną marihuanę, a recepty na nią otrzymywało się online. W tym czasie zwiększały się moje zarobki, a ja każdą złotówkę, która nie była mi potrzebna do opłacenia mieszkania czy jedzenia, przeznaczałem na leczenie się medyczniakiem.
Analizując e-recepty byłem w stanie wypalić 20-30g tygodniowo. Wiązało się to z kosztami rzędu 5-6 tysięcy złotych miesięcznie!
Od dawna wiedziałem już, że jestem uzależniony od marihuany, a samo palenie nie sprawiało mi już przyjemności. Paliłem, żeby nie czuć skutków ubocznych bycia trzeźwym. Wtedy też zrozumiałem, że obecna na rynku marihuana uzależnia zarówno fizycznie, jak i psychicznie (wystarczy spojrzeć na specjalny wątek na Reddit, na którym o swoim uzależnieniu pisze blisko 400 tysięcy osób z całego świata: https://www.reddit.com/r/leaves/).
O objawach uzależnienia napiszę osobny artykuł i podlinkuję w tym miejscu. Jeżeli jeszcze go nie ma – czytaj dalej i wróć tu za kilka dni.
Obecnie nie mam co do tego wątpliwości – marihuana uzależnia, a mity dotyczące jej nieszkodliwości są powielane od dekad. To, co palimy w 2025 roku nijak ma się do tego, co było dostępne na rynku w latach ‘90 i wcześniej.
W Polsce z łatwością można otrzymać receptę na marihuanę z 25% zawartością THC, a np. na rynku amerykańskim dostępne są tzw. kartridże, których zawartość THC sięga 90%. Mimo tego powszechna wiedza dotycząca szkodliwości marihuany jest bardzo niewielka i właściwie przekazujemy jedynie informacje z ubiegłego wieku, gdy przeciętna zawartość THC w palonej marihuanie nie przekraczała 10%.
Na ten temat powstanie na pewno osobny artykuł, tymczasem wracam do swojej historii. Próbowałem rzucić marihuanę na wiele różnych sposobów:
- cold turkey – rzucanie marihuany na tzw. zimnego indyka czyli po prostu powiedzenie sobie – okej, od dzisiaj nie palę i nie stosowanie żadnych innych metod;
- próba ograniczania użycia – do określonej ilości dziennej;
- terapia “Candis” – miesięczna terapia dedykowana pacjentom uzależnionym od marihuany;
- spotkania AA/AN – byłem na kilku spotkaniach online i nie spodobał mi się ich charakter, nie mówię, że jest to zły kierunek, natomiast do mnie nie trafił;
- indywidualna terapia uzależnień – nastawiona stricte na moje uzależnienie od marihuany;
- terapia behawioralna – podczas której odkryłem powody mojego uzależnienia, a także zdiagnozowałem ADHD.
- psychiatra – długotrwałe palenie oraz ADHD nasiliły u mnie lęki oraz nerwicę, co skończyło się leczeniem farmakologicznym – bardzo długo nie mogłem się do niego przekonać, ale w moim przypadku było warto.
Trudno wskazać jeden moment, który przestawił wajchę, natomiast w 2024 roku miałem już więcej dni, w których nie paliłem niż tych, w których całe moje życie napędzała trawa.
Jeżeli czujesz, że jesteś uzależniony od marihuany to wiem jedno – próba ograniczania używania odpada. Próbowałem tego wielokrotnie i zawsze kończyło się to tygodniami lub miesiącami ciągłego jarania w domu.
Ostatni raz taktykę ograniczania zastosowałem na początku 2025 roku i skończyło się to 3 miesięcznym ciągiem. Pisząc ten artykuł jestem trzeźwy od blisko 40 dni, jednak mam za sobą potężny bagaż doświadczeń.
Ważnym aspektem,który zrozumiałem to, że nie palenie marihuany to jeszcze nie jest trzeźwienie. Jeżeli całe Twoje życie (lub życie Twojego bliskiego, o którego się martwisz) było ukierunkowane na palenie trawy to jego zaprzestanie stworzy ogromną dziurę, którą musisz starać się wypełnić.
Aby rzucić marihuanę trzeba pracować. Stanąć w prawdzie i zobaczyć w jakim stanie są nasze finanse, zdrowie, psychika, relacje, edukacja, praca, rodzina, dom. Często jesteśmy w totalnej rozsypce i ten początkowy stan może nas przytłoczyć, natomiast jest to niezbędne, aby spróbować walczyć z uzależnieniem.
Trudność w wychodzeniu z uzależnienia od marihuany polega na tym, że marihuana, w przeciwieństwie do alkoholu, amfetaminy, kokainy, czy innych twardych narkotyków, nie ściąga nas na dno.
Marihuana sprawia, że czujemy się komfortowo pomimo tego, że od 5-10-15 lat leżymy na tej samej kanapie, jedząc śmieciowe żarcie i oglądając śmieszne filmy na YouTube.
Uświadomienie sobie tego w wieku 20 lat jest OK, w wieku 30 lat jest smutne, w wieku 40 lat może być przerażające. Na Redditcie jest świetny kanał dotyczący wychodzenia z uzależnienia od marihuany, na którym często się udzielam. Jest tam wiele historii ludzi, którzy zmarnowali swoje życie tkwiąc w oparach dymu i zrozumieli to mając 40, 50 czy 60 lat.
Jeżeli dla Ciebie to jest OK – spoko, Twoja sprawa, Twoje życie, Twój wybór. Ja zdecydowałem, że marihuana nie pokaże mi już nic więcej – znam ten stan na wylot i nie ma w nim już nic, co mogłoby mnie zaskoczyć.
Czy tęsknię? Cholernie. Mam jednak nadzieję, że moje wspomnienia z dobrych (bo takie również były) chwil z marihuaną pozostaną tylko wspomnieniami, a na tym blogu stworzę miejsce dla ludzi, którzy w marihuanie widzą więcej szkód niż pożytku.
I razem osiągniemy o wiele więcej niż mogło nam się do tej pory wydawać 🙂
Zachęcam Cię do pozostawienia komentarza, swojej historii czy przemyśleń związanych z paleniem marihuany. Jeżeli masz jakieś pytania lub nie zgadzasz się z moim punktem widzenia – również chętnie o tym porozmawiam.
A osoby, które chciałyby napisać dłuższą wiadomość zachęcam do wysłania maila na adres: